|
|
Młodzież, szkoła i teatr |
W publicznej debacie jak bumerang raz po raz wraca temat niskiego uczestnictwa Polaków w kulturze, zwłaszcza tak zwanej „wysokiej”. Statystyczny Polak bywa w teatrze raz na 7 lat – alarmują specjaliści – a 40% rodaków w ogóle nie interesuje się kulturą i sztuką. Jeszcze stosunkowo najbardziej aktywną na polu kultury warstwą społeczną jest młodzież szkolna i studiująca. Według ogólnokrajowych sondaży, to właśnie osoby w wieku 15-24 lata stanowią trzon publiczności teatralnej, są najliczniejszymi słuchaczami na koncertach, czytają najwięcej książek itd. Zapewne w jakiejś mierze jest to zasługa systemu edukacji, który – co by o nim nie mówić – promuje aktywność kulturalną młodzieży, na przykład organizując wycieczki do teatru czy egzekwując od ucznia znajomość lektur. A jaki stosunek do kultury „wysokiej” mają młodzi ludzie z Mińska i okolic? Żeby się tego dowiedzieć, postanowiłem zbadać postawy licealistów wobec teatru, który z powodów zawodowych jest mi zdecydowanie najbliższy. Przeprowadziłem ankietę na próbie wygodnej 299 licealistów z trzech miejscowości: Mrozów, Mińska Mazowieckiego i – dla porównania – Warszawy.
Cóż się okazało? Po pierwsze, przeciętny licealista z Mińska Mazowieckiego oraz jego rówieśnik z Mrozów bywają w teatrze dwa razy do roku – o połowę rzadziej, niż ich kolega z Warszawy, ale też znacznie częściej, niż statystyczny Jan Kowalski. Różnica w aktywności teatralnej między stolicą a mniejszymi miejscowościami bierze się stąd, że młodzi warszawiacy znacznie częściej wybierają się do teatru na własną rękę, niezależnie od instytucji szkoły. Po wtóre, wygląda na to, że licealiści, myśląc o teatrze, generalnie spostrzegają tę instytucję na dwóch niezależnych wymiarach: snobizmu oraz humanizmu. Wymiar snobizmu sprowadza się do oceny, w jakiej mierze teatr jest miejscem nieprzystępnym, nieautentycznym i przestarzałym, dokąd publiczność przychodzi tylko dlatego, że tak wypada. Z kolei kategoria humanizmu ujmuje teatr jako miejsce niemal magiczne, w którym podczas święta, jakim jest każdy spektakl, autentyczne spotkanie człowieka z drugim człowiekiem staje się rzeczywistością. Mińszczanie i mrozianie nie różnią się od siebie ferowanymi ocenami na obu wymiarach. Wyraźnie jednak odbiegają pod tym względem od swoich rówieśników z Warszawy. Dla stołecznych licealistów teatr jest miejscem zdecydowanie mniej snobistycznym, a bardziej nacechowanym wartościami humanistycznymi, niż jawi się on młodzieży z Mińska czy Mrozów. Trzeci istotny wynik badania pokazuje, że samodzielne wizyty uczniów w teatrze są bardziej efektywnym narzędziem edukacji, niż szkolne wycieczki (!). Te pierwsze bowiem przybliżają licealistom instytucję teatru pod każdym względem, podczas gdy wycieczki szkolne wprawdzie zmniejszają dystans psychologiczny ucznia wobec teatru, ale nie potrafią przekonywać, że teatr jest nośnikiem wartości humanistycznych. Jakie wnioski należy wyciągnąć z otrzymanych wyników? Przede wszystkim widać, że geograficzne oddalenie od centrum kulturalnego, jakim niewątpliwie jest stolica, nie sprzyja kontaktom młodzieży z instytucją teatru, a wręcz pogarsza jej sposób myślenia o teatrze. Ale tego chyba można było się spodziewać i trudno temu zaradzić. Natomiast zaskakujące są wyniki tak zwanej analizy czynnikowej, które pokazały, że badana młodzież zupełnie spontanicznie dostrzega wymiar humanizujący teatru. Humanizm jest dla badanej młodzieży tym, co odróżnia teatr od dominującej kultury popularnej. I bez względu na to, czy młody człowiek sympatyzuje z teatrem, czy uważa go za okropne nudziarstwo – zawsze bez trudu dostrzega ów czysto ludzki aspekt tej dziedziny sztuki. Ponadto wydaje się, że polscy nauczyciele powinni mocniej zdawać sobie sprawę z doniosłej roli, jaką pełnią w wychowaniu młodych uczestników kultury. Organizacja wycieczki i towarzyszenie licealistom w wyprawie do teatru są w procesie „wychowania do sztuki” działaniami ze wszech miar koniecznymi, gdyż oswajają wychowanka z teatrem, ale – jak wynika z badania – są działaniami niewystarczającymi. Aby młodzi, dojrzewający ludzie nauczyli się bez skrępowania korzystać z dóbr kultury, potrzeba im nade wszystko mądrego przewodnika.
|
|
2010-06-09 12:39:45 | Autor: Andrzej Papis |
zobacz inne tematy do dyskusji
 |
|
Komentarze |
|
Marcin Królik | 2010-06-23 02:11:13
I właśnie ze względu na oddalenie od kulturalnego serca ważne jest, by kulturowy ferment jak najwyższej jakości - nie tylko zresztą teatralny - siać także tu, na miejscu. Mińsk znajduje się dostatecznie blisko Warszawy, by móc zapraszać tu wybitnych ludzi, pokazywać trendy współczesnej kultury, otwierać przestrzeń intelektualnego dialogu, co w dłuższej perspektywie może zaowocować wytworzeniem się u nas pewnego rodzaju pozytywnego snobizmu.
A co do samego uczestnictwa w kulturze, to swego czasu Konstanty Jeleński trafnie zauważył, że nie jest ona żadnym obowiązkiem i można się bez niej doskonale obyć. To zdanie powinni powtarzać nauczyciele polskiego wszystkim pierwszorocznym gimnazjalistom i licealistom zamiast wpajać w nich fałszywe mniemanie, że albo wbijesz sobie w ten durny łeb kanon lektur albo marnie skończysz. Jak wygląda praktyka, wszyscy wiemy. Poloniści wprowadzają literacki terror, który owocuje dożywotnym obrzydzeniem do książek, wydawcy bryków zarabiają krocie, a po szkole bez znajomości Kochanowskiego i Sienkiewicza też jakoś można sobie poradzić.
By kultura stała się powietrzem, którym można oddychać, a nie pręgierzem, pod którym trzeba raz na jakiś czas stanąć, musi w niej być wolność. To trochę jak ze szwedzkim bufetem, który tylko stoi, prezentuje obfitość dań, rozsiewa zapachy, a ty albo dasz się znęcić i obudzi się w tobie apetyt, albo odejdziesz. Tylko że jakość tych dań musi być najwyższa - odgrzewane kotlety i oklapłe sałatki mało koto skuszą.
Mińsk właśnie ze względu na swoje położenie ma szansę, by serwować kulturalne menu naprawdę pierwszej świeżości. Jeśli zaś idzie ściśle o teatr, to trochę szkoda, że nie ma u nas czegoś takiego jak we Włocławku, gdzie działał (mam nadzieję, że wciąż działa) Teatr Ludzi Upartych składający się z amatorów. Kiedy tam mieszkałem, byłem na dwóch premierach TLU - na "Pokojówkach" Geneta i "Oświadczynach" Czechowa: pełna sala ludzi, a sam spektakle jeśli nie doskonałe, to z pewnością bliskie doskonałości. Bilety były jeśli dobrze pamiętam chyba po piątaku. Ale kiedy przyjeżdżały spektakle zawodowe i ceny biletów podskakiwały do pięciu dych, publiczność też nie rejterowała. Mieli w sobie jakąś naturalną potrzebę obcowania z teatrem. Teatr to bodaj najlepsze wspomnienie, jakie zachowałem z Włocławka.
Tak więc, by wreszcie zakończyć: kulturę trzeba wprowadzać w społeczny krwiobieg stopniowo, lecz konsekwentnie. Tylko żeby to była czysta substancja, nie jakiś erzac, tania podróbka, pozór i blaga. |
|
|
|
 |
2010-08-18 11:05:12 - Gotowi na Apokalipsę?
2010-06-02 16:34:45 - Umywanie rąk / Garwolin
2010-04-21 15:54:41 - Lepsze prawo nie dla Parysowa / Parysów
2010-04-07 16:24:30 - Kupa psów łamie prawo
2010-03-17 12:22:54 - Dogodzić Dębemu
2010-03-10 16:31:22 - „Skandaliczny artykuł”
2010-02-24 16:31:01 - Chu, chu, cha
2010-02-03 16:25:10 - Polemika: co z tą kulturą?
ARCHIWUM TEMATóW
|
|