wspomnienia

2 września to Dzień Niepodległości Socjalistycznej Republiki Wietnamu. W bieżącym roku obchodzona jest już 73 rocznica tego święta. Z tej racji chciałbym podzielić się z czytelnikami wrażeniami, jakie wyniosłem w 1954 roku z kontaktu z Wietnamem.

Wczesną jesienią 1954 roku jako żołnierz czynnej służby z poboru trafiłem do Wietnamu w ramach I rotacji polskiej delegacji w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli. W tym czasie Daleki Wschód, Indochiny Francuskie czy Wietnam były zupełnie mało znane szerszemu kręgowi społeczeństwa polskiego. Czasami dochodziły informacje prasowe lub radiowe o zbrodniach francuskiego korpusu ekspedycyjnego w Indochinach i o bohaterstwie narodu wietnamskiego. Sytuacja informacyjna na temat Indochin Francuskich dopiero drgnęła, kiedy latem 1954 roku zawarte zostały w Genewie układy pokojowe wstrzymujące działania wojenne w Wietnamie, Laosie i Kambodży, a Polska stała się członkiem MKNIK we wszystkich tych 3 krajach.

W niniejszym artykule chciałbym podzielić się z czytelnikami mniej sprawami polityczno-wojennymi, a więcej sprawami z życia Wietnamczyków w owym czasie. Spośród trzech krajów Indochin Francuskich najważniejszą rolę odgrywał Wietnam. Wietnamczycy zaangażowani byli nie tylko w wyzwolenie swojego kraju, ale także Laosu i Kambodży. Stąd siły Vietcongu operowały na terenie całych Indochin.

Wietnamczycy są drobnej kości i niezbyt muskularni, za to bardzo odważni i waleczni. W zasadzie są biali, choć często bywają skośnoocy. Kobiety mają rysy delikatne i ładne. Noszą długie czarne, satynowe szarawary, szerokie u dołu i długie wzorzyste, często jedwabne, suknie z długimi rękawami, podpięte pod szyją i rozcięte obustronnie od pasa aż do dołu, Wyglądają bardzo malowniczo, zwłaszcza w ruchu. Od słońca noszą wielkie stożkowe kapelusze słomkowe. Matki dzieci noszą na biodrach okrakiem, przywiązane w pasie. Żołnierze armii powstańczej ubrani byli w drelichowe mundury bez dystynkcji i mieli płócienne worki-rury napełnione ryżem na cały tydzień w wymiarze, o ile dobrze pamiętam, do 40 gramów dziennie.

Wracając do spraw wojennych, trzeba stwierdzić, że rozejm zawarty w oparciu o układy genewskie uratował francuski korpus ekspedycyjny od pogromu. Po klęsce w maju 1954 roku pod Dien Bien Phu Francuzi nie mieli żadnych szans i zrozumieli, że walka militarna z narodem wietnamskim nie przynosi zwycięstwa i odchodzili po dobroci. Nie pomogły betonowe forty i wieże strzelnicze, którymi Francuzi upstrzyli całe Indochiny. Wreszcie to samo spotkało w 1975 roku i Amerykanów. Prócz zbrodni, barbarzyństwa i zniszczenia Wietnamu militarnego i politycznego zwycięstwa nie osiągnęli, pozostawiając Wietnam wpływom komunistycznym.

Przy tym trzeba wiedzieć, że przeciętny Wietnamczyk walczył przede wszystkim o wolność i niepodległość swojego kraju, bo pragnienie wolności to nie była sprawa komunizmu lub niechęci do komunizmu. Choć byli i miejscowi dygnitarze, którzy nie bacząc, że najeźdźca siedział na karku narodu i bestialsko eksploatował kraj, lizali buty okupanta i przywykli jeść z obcej ręki, biorąc łapówki i wymuszając podatki. Wszystko było Francuzów, a miejscowi ludzie pracowali za marne pieniądze w fabrykach, przetwórniach i na plantacjach.

Ciemnota i zacofanie, jakie dotknęły ludność tych krajów w okresie tak zwanego „protektoratu”, powstały z przyczyn politycznych i socjalnych. Niskie były warunki sanitarne – mała ilość sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, wszędzie walające się śmieci, nie wszędzie sprzątane ulice, pływające nieczystości w akwenach wodnych. Za to pełno było myszy i szczurów. Te ostatnie swobodnie hasały nocą po ulicach np. Hanoi. Woda z reguły nie nadawała się do spożycia w stanie surowym.

Do tego dochodziły trudne dla nas, Polaków warunki klimatyczne, gdzie temperatura czasami przekraczała +40°C. Odczuwało się nużący upał, przed którym nie było schronienia. Trzeba było często brać prysznic i zmieniać bieliznę i ubrania, z czym też było niełatwo. Troszeczkę znośniej było w okresie zimy wietnamskiej, która trwała od listopada do lutego i wówczas temperatura utrzymywała się w granicach +22°C do +10°C. Dlatego tutaj nie rosną jabłka, gruszki czy kartofle, bo jest po prostu za gorąco. Natomiast bananowce rosną wszędzie, zarówno w stanie uprawnym, jak i dzikim. Jest ich mnogość co do gatunków i wielkości owoców. Podstawowe zboże żywieniowe – ryż zbierany jest tutaj dwa razy do roku.

W Wietnamie noce mają przeważnie granatowe niebo upstrzone migającymi gwiazdami. Natomiast brzask i zmierzch są krótkotrwałe. Dla tutejszej ludności najczarniejsze są godziny wczesnoporanne. W handlu stragany i przekupki z koszami zajmowały chodniki, place a nawet jezdnie. Na chodnikach ustawiali się fryzjerzy, różni rzemieślnicy i dentyści. Ci ostatni wyrywali zęby pacjentom nawet palcami, a kosz z zębami, który stał obok, świadczył o popularności mistrza. Na polach, gdzie były sadzawki i zbiorniki z wodą, zawsze można było spotkać ludzi stojących w wodzie i łowiących rybki. My mieliśmy przez polskich lekarzy przykazane, żeby nie brać do ust nieprzegotowanej wody, myć często ręce i nie jeść surowych owoców z wyjątkiem bananów i pomarańczy. Piliśmy zieloną herbatę, oranżadę i francuską wodę Vichy.

Spało się pod siatką zwaną moskitierą, a przed snem należało sprawdzić łóżko – czy coś na nie nie wlazło, np. wąż. Podobnie należało sprawdzić kieszenie w ubraniu. W kontaktach z tubylcami należało mieć na uwadze, że mogą oni nie chorować, ale nogą być nosicielami choroby. Ciekawostką były wszędobylskie, białe, nagie jaszczurki, które mają na nogach poduszki-przyssawki umożliwiające im bieganie po ścianach, a nawet sufitach. Żywią się komarami i muchami. Wyjątkowo piękna jest wietnamska dżungla, która wrzeszczy zarówno w dzień, jak i w nocy. Harmider ten pochodzi głównie od świata zwierzęcego.

Do Hanoi przybyłem tuż po wycofaniu się Francuzów. Od razu dało się zauważyć, że dobre towary albo zostały w sklepach gdzieś pochowane, albo gdzieś „powyciekały”. Tylko sklepy zegarmistrzowskie obfitowały różnorodnością firm, gatunków i były niewątpliwie w naszym zainteresowaniu. W Wietnamie przemieszczaliśmy się samochodami z białymi chorągiewkami ze znakami „IC” – International Commission. W tym czasie zgodnie z układami genewskimi następowało przemieszczanie się ludności, głównie z północy na południe. Byli to przeważnie katolicy i plemiona górskie, które współpracowały z Francuzami. Trwało również wycofywanie się wojsk francuskich z niektórych rejonów Wietnamu Północnego. Obie strony nakłaniały ludność do translokacji: jedni przed okropnościami komunizmu, a drudzy przed obecnością Francuzów. Przy tym całkowity brak środków komunikacji paraliżował całą akcję.

W tym „exodusie” pomagał Wietnamczykom również polski statek „Kiliński”. W czasie służby pokojowej w Wietnamie miałem kilku kolegów z delegacji Indii. Trzeba stwierdzić wyjątkową urodę niektórych z nich – mogliby nawet rywalizować z wieloma amantami filmowymi. Porozumiewałem się z nimi w języku angielskim, w którym twardo wymawiali literę „r”. Kolegowałem się również z sikhem, który nosił czarną, sprasowaną parafiną brodę i nigdy nie zdejmował turbanu.

Oddzielny temat, z którym się spotkałem w Wietnamie, to buddyzm i jego kapłani, czyli bonzowie. Ubrani są w żółte opończe przypominające rzymską togę sięgającą do połowy łydki. Na bosych stopach mają sandały, a od słońca żółty parasol, który ma także znaczenie symboliczne, przy tym mają ogolone głowy. Otacza ich powszechny respekt, cieszą się tytułem „czcigodny”. Żyją w kompletnym celibacie. Wiernym nie wolno ich dotykać ani ocierać się o nich. Od południa do następnego poranka poszczą cały dzień. O świcie wychodzą na żebry i jedzą tylko to, co użebrzą. Nie dać ofiary bonzie jest wielkim grzechem. Zdarzają się wśród bonzów osoby wysoko wykształcone i postępowe. Dawniej byli jedynymi nauczycielami narodu. Jest zwyczaj oddawania chłopców do pagód na okres od pół roku do dwóch lat. Wiek bonzów to od 7 lat do 70. Wszyscy ubrani są jednakowo i młodzi chłopcy też.

Pod względem zdrowotnym to moja przygoda z Wietnamem zakończyła się kilkutygodniowym pobytem w Klinice Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Białymstoku, gdzie stwierdzono u mnie ameby. Zostałem wyleczony, ale rehabilitacja była dość długa.

Franciszek Zwierzyński
redakcja
redakcja

Latest posts by redakcja (see all)

http://www.nowydzwon.pl/wp-content/uploads/2018/08/targ-1024x724.jpghttp://www.nowydzwon.pl/wp-content/uploads/2018/08/targ-300x300.jpgredakcjaAKTUALNOŚCI
2 września to Dzień Niepodległości Socjalistycznej Republiki Wietnamu. W bieżącym roku obchodzona jest już 73 rocznica tego święta. Z tej racji chciałbym podzielić się z czytelnikami wrażeniami, jakie wyniosłem w 1954 roku z kontaktu z Wietnamem. Wczesną jesienią 1954 roku jako żołnierz czynnej służby z poboru trafiłem do Wietnamu w...